W poniedziałkowe popołudnie, 14 marca, pojawiły się doniesienia, że Rosja wprowadzi zakaz eksportu m.in. pszenicy, kukurydzy i jęczmienia. Ma to bezpośrednie konsekwencje dla rynków towarowych, których ceny w tym dniu były faktycznie o kilka euro niższe.
Kontrakt majowy na Matif w poniedziałkowy poranek otworzył się ceną niższą o 4,25 euro, a w trakcie poranka spadł nieznacznie do 362,25 euro za tonę. Gdy około godziny 15:30 pojawiły się plotki, że Rosja może wstrzymać eksport zboża, który ma się rozpocząć 15 marca, podjęto natychmiastową decyzję o zmianie decyzji. W chwili pisania tego tekstu cena Matif jest wyższa o 13,25 euro od piątkowego zamknięcia na poziomie 384 euro.
Nadchodzi zakaz eksportu
Źródłem informacji wydaje się być rosyjska agencja informacyjna Interfax. To mówi o przedstawienie dokumentów z Ministerstwa Rolnictwa i Gospodarki potwierdzających, że obowiązuje tymczasowy zakaz eksportu zbóż. Ostatni okres handlowy rosyjskiego sezonu eksportowego trwa od 15 marca do 30 czerwca. Zakaz dotyczyłby pszenicy, kukurydzy, jęczmienia, żyta i innych zbóż.
Niezależnie od tego, czy to prawda, czy nie, rynek reaguje natychmiast, zmieniając ceny. Cena kontraktu czerwcowego na kukurydzę na ziarno na giełdzie Matif pozostaje niezmienna na poziomie 349 euro za tonę. Kontrakt sierpniowy jest notowany nieznacznie wyżej. Amerykański CBoT również staje się zielony. W poniedziałkowe popołudnie cena pszenicy wzrosła o 1,5%, a kukurydzy spadła o 2,5%.
Dwa scenariusze
Nad rynkiem zbożowym wiszą – lub raczej wisiały – dwa główne scenariusze „co by było, gdyby”. Jednym z nich jest rosyjski zakaz eksportu zbóż. Druga sytuacja to taka, że rolnicy na Ukrainie nie będą mogli nawozić, opryskiwać, siać i sadzić tej wiosny. Będzie to miało globalne skutki nie tylko w perspektywie krótkoterminowej, ale i długoterminowej. Rok zbiorów 2022 będzie zatem rokiem straconym dla Ukrainy, a jego konsekwencje odczuje cały świat.
Pytanie nie brzmi, czy sektor ten w kraju jest ograniczany, ale w jakim stopniu. Paliwo trafia do wojska, robotnicy boją się wystawiać głowy (albo walczą), a wszystkiego brakuje w sposób chroniczny. W większej części Ukrainy nadal panuje bardzo zimowa pogoda, temperatury spadają do -20 stopni. Jednak tam, gdzie to możliwe, stosuje się już nawozy sztuczne.
Wiosna z wadami
Okres siewu jest krótki, więc musisz tam być. Coś, co holenderski przedsiębiorca Kees Huizinga – „wysłannik” rolniczej Ukrainy na Zachód – jasno mówi wszędzie. W kraju stosunkowo niewielka jest powierzchnia upraw pszenicy jarej (95% stanowi pszenica ozima), ale w najbliższych tygodniach planuje się zasiać także kukurydzę na ziarno, słoneczniki, soję, buraki cukrowe i inne rośliny. Praca 24 godziny na dobę nie jest opcją. Jak donosi w mediach społecznościowych, rosyjscy żołnierze ostrzeliwują w nocy na polu traktory z oświetleniem.
Trudno jest oszacować dokładne konsekwencje dla obecnej sytuacji na rynku zboża. Wstępne prognozy przewidują spadek plonów pszenicy o 15%, jednak ankietowani rolnicy są narażeni na straty rzędu 50%, jeśli nie będą mogli stosować nawożenia i oprysków. Skutki tego byłyby nieobliczalne. Zwłaszcza w krajach afrykańskich, które są silnie uzależnione od importu pszenicy z Ukrainy.
Chiny dolewają oliwy do ognia
Nawet jeśli zbiory będą zadowalające, pozostaje pytanie, czy będzie można je eksportować jak zwykle. Czy armatorzy pozwalają swoim statkom cumować w portach ukraińskich i rosyjskich i czy kraje chcą handlować? Rosja z pewnością może liczyć na jednego dużego nabywcę: Chiny. Kraj ten nie chce nagłaśniać konfliktu. Na początku marca firma ogłosiła, że spodziewa się bardzo niskich zbiorów pszenicy. Kraj produkuje około 134 milionów ton pszenicy. Stanowi to prawie jedną piątą światowej produkcji. Jednak ze względu na wyjątkowo mokrą jesień, 10% powierzchni nie zostało obsiane.
Chiny twierdzą, że mają ogromne zapasy. Dałoby to jej 50-procentowy udział w światowych dostawach pszenicy. Analitycy mają coraz większe wątpliwości. Nie ulega wątpliwości, że chiński rząd będzie prowadził agresywną politykę sprzedaży w celu zapewnienia sobie wystarczającej ilości zboża. Na obecnym rozgrzanym rynku jest to tylko dolewanie oliwy do ognia i może spowodować jeszcze większy wzrost cen pszenicy.