Tegoroczny rynek mleczarski, a właściwie cały tydzień wcześniej, dają wrażenie, że gdzieś jest jakaś wtyczka. Ceny płynnych półproduktów, na czele ze śmietanką, znów gwałtownie wzrosły. Cena masła również wzrosła, ale proporcjonalnie mniej niż cena śmietany. Jednak to nie jest problem.
Tymczasem ceny mleka w proszku i sera (a także świeżych produktów mlecznych w sklepach) odnotowały znacznie mniejszy wzrost.
Coś jest nie tak z tłumaczeniem, szczególnie w kontekście handlu detalicznego. Przetwórcy również stale się na to skarżą. Często zdarza się to anonimowo, ale w tym tygodniu szef firmy Arla w Wielkiej Brytanii również poczuł potrzebę dania upustu swoim emocjom.
Supermarkety z kolei zmagają się z koniecznością zaakceptowania znacznie wyższych cen produktów mlecznych i radzenia sobie z nową dla nich rzeczywistością. Zawarto już nowe kontrakty detaliczne z wyższymi cenami, ale jeszcze nie na tyle wysokimi, by przetwórcy mogli sobie na nie pozwolić. Z jednej strony cierpią, bo muszą kupować produkty mleczne, których im samym brakuje (a których ich członkowie/dostawcy nie są w stanie dostarczyć) po wysokiej cenie na wolnym rynku. Z drugiej strony odczuwają ból, ponieważ wciąż są zmuszeni kupować zbyt tanie kontrakty. Masło, ser i świeże produkty mleczne nie dają oczekiwanych rezultatów.
Niezależnie od tego, co zrobi sektor handlu detalicznego, faktem jest, że produkty bogate w białko pozostają obecnie w tyle pod względem względnym za produktami bogatymi w tłuszcze. Tak jest przynajmniej w Europie. Tutaj za wagę śmietanki i masła płaci się niemalże złotem, w Nowej Zelandii pełne mleko w proszku jest tańsze od odtłuszczonego, z pewnością na rynku kontraktów terminowych, a tłuszcz mleczny jest rzekomo dostarczany bezpłatnie.
(na niebiesko i czerwono podano ceny w Nowej Zelandii w dolarach amerykańskich, notowania DCA podano w euro)
Zdaniem ekspertów rynkowych sytuacja w Nowej Zelandii jest wynikiem złożonego połączenia ograniczeń w zakresie zdolności produkcyjnych i polityki handlowej. Nowozelandzki przemysł mleczarski nastawiony jest głównie na produkcję pełnego mleka w proszku i ma mniejsze możliwości produkcji (dobrego) chudego proszku. Ponadto Nowa Zelandia chciałaby oferować cały produkt po korzystniejszej cenie. Masło z Nowej Zelandii nie jest darmowe, ale jest tańsze niż w UE.
Fakt, że pełnotłuste mleko w proszku z Nowej Zelandii jest oferowane tanio, jest sam w sobie dziwny, ponieważ produkty mleczne są trudno dostępne gdziekolwiek. Jedynie w Stanach Zjednoczonych wciąż utrzymują się stosunkowo duże ilości mleka w proszku. Ze względu na ciągłe problemy logistyczne nie da się wywieźć tych produktów z kraju w odpowiedniej ilości, co sprawia, że Amerykanie są postrzegani jako niewiarygodny dostawca. W pewnym sensie jest to korzystne dla Europy, ponieważ kontynent ten jest – niezależnie od wewnętrznych wskaźników cenowych – zdecydowanie najdroższym dostawcą na rynku światowym.
Gdyby jednak istniały duże nadwyżki, sytuacja byłaby gorsza niż obecnie. Z powodu utrzymującego się niskiego poziomu dostaw mleka, wewnętrzny rynek zbytu w UE jest ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.